Nie samą kulturą masową żyje człowiek. A może właśnie samą, ponieważ pod ten niezwykle elastyczny twór można wszystko podciągnąć?? Czy muzyka zasila szeregi wspomnianej kultury?? Zapewne tak. Nawet twórczość tak nietuzinkowego zespołu jakim był Lamb. Kiedyś napisałam artykuł podsumowujący dokonania duetu. Niestety nie ujrzał on światła dziennego. Uznałam, ze blog to dobre miejsce do zaistnienie tego tekstu. A więc włala:
Człowiek znajduje radość w operowaniu skrótami myślowymi oraz różnego rodzaju skojarzeniami. Ułatwia mu to bowiem w dużym stopniu egzystencje. Jeśli czytujesz beletrystykę, zapewne lubisz G.G. Marqueza, jeśli jesteś amatorem piwa, zdecydowanie zagryzasz doń słone orzeszki....Jeśli pozytywnie oddziałuje na Ciebie twórczość Massive Attack, Portishead to pewnie zaliczasz się do grona fanów Lamb. Pewnie, lecz nie na pewno. To przecież nie reguła.
Próżno szukać na polskich, jak i na zagranicznych stronach internetowych wyczerpujących i obszernych informacji na temat kapeli. Tak więc nie dowiemy się, czy członkowie projektu na śniadanie jadają płatki na mleku, czy też są fanami jajecznicy na bekonie. Może toi szkoda, może nie, zależy co kto lubi. Oficjalna witryna grupy działa w sobie tylko zrozumiały sposób, więc opierając się na tym, co udało się wyszperać stąd i stamtąd należy stwierdzić:
Lamb to kapela z Manchesteru, prezentująca, jak to się zwykło określać,kawał dobrego trip hopu z elementami dnb. Tworzy ją nietuzinkowy duet – producent Andy Barlow oraz obdarzona wysublimowanym wokalem Lou Rhodes. Decyzja o powołaniu do życia „zwierzaka” zapadła wroku 1994, w tym samym roku także, Lamb podpisał kontrakt z wytwórnią Mercury, która podporządkowana była wytwórni Fontana. Pierwszy album Owieczki wydany został jednak już sumptem Fontany. I tak we wrześniu 1996 roku na półki sklepowe trafił pierwszy album elektronicznego duetu. Ukazał się pod wiele mówiącym tytułem „Lamb”. Po prostu „Lamb”.Produkcja ta stanowi kompilacje 10 utworów, każdy z nich okraszony jest finezyjnym głosem Lou, który, paradoksalnie,doskonale komponuje się z, miejscami lekko połamanymi, dźwiękami.Całość stanowi doskonałą jedność, emanującą oniryzmem,ukazuje lirykę w objęciach trip-hopu obsypanych niczym konfetti jazzem, dubem. To co może zainteresować polskiego słuchacza, to fakt, iż utwór numer 9 na płycie, noszący tytuł „Gorecki”jest inspirowany III Symfonią Henryka Góreckiego („Symfonia pieśni żałobnych” z 1976roku). Kompozycja ta, do dziś jest uważana za jedną z muzycznych wizytówek duetu.
„Fear of Fours” to drugi, opierając się na chronologii, album w dorobku grupy. Wydany w 1999 roku, na amerykańskiej liście Billboardu osiągnął 35 pozycję, do podobnych „rewirów”dotarł także w zestawieniu w UK (37). Mając w pamięci fakt,iż debiutancki „Lamb” osiągnął tylko 109 pozycje w Zjednoczonym Królestwie, wynik wydawał się satysfakcjonujący. Produkcja ta, przyniosła ze sobą kolejną dawkę solidnej, doskonale skomponowanej muzyki, skrojonej pod ucho nawet najbardziej wymagającego trip hopowca. Brak uchwytnych rewolucji w brzmieniu w żadnym wypadku nie dyskredytuje albumu. Nie stanowi on bowiem brutalnej kserokopii debiutanckiej produkcji – nie możemy więc mówić o jakimkolwiek syndromie Dolly;). Po raz kolejny,porusza anielski wokal Lou Rhodes oraz brzmienie zafundowane przez Barlowa. Ponoć po nagraniu tego krążka duet przechodził wewnętrzny kryzys, podniósł się jednak dosyć szybko i już w dwa lata po wydaniu „Fear for Fours” na półkach sklepowych rozgościła się produkcja „What Sound”.
„What Sound” wydało na świat „Gabriela”, niezwykłą kompozycję,która swoim brzmieniem niejako otula słuchacza mgiełką tajemniczej anielskości i stanowi obok „Goreckiego” jedną ze sztandarowych pereł zespołu. Produkcja ta nie jest jednak dziełem tylko owczego duetu. Czynnie współpracowali bowiem przy jej tworzeniu m.in tacy ludzie jak - Guy Sigsworth, który jest współproducentem płyty i może się poszczycić takimi sukcesami jak – współpraca z Bjork przy płycie „Homogenic”czy współtworzenie „What it feels like for a girl”; Will Malone – odpowiedzialny za smyczki w "Unfinished Sympathy"grupy Massive Attack. Napływ „świeżej krwi” da się widocznie uchwycić w brzmieniu albumu, aczkolwiek nie można mówić o jakimkolwiek zboczeniu z początkowo obranego kursu. To nadal Lamb.To ta sama zwierzyna, mająca ambient za skórą.
Mijają dwa lata. Lamb przypomina o sobie albumem „Between Darkess and Wonder”, przez wielu uznawanym, za najlepszy w dorobku duetu.Wprowadzenie „żywych” instrumentów, z którymi kapela występowała podczas występów „live” wpłynęło zdecydowanie na wyraz produkcji. Brzmienie wydaje się być bardziej naturalne, a cała oprawa muzyczna zdecydowanie prawdziwsza.Uproszczenie nieco struktury utworów, spowodowane wspomnianym wyżej zabiegiem, nie ma żadnego wpływu na spłycenie przekazu. Fantastyczny eklektyzm bijący od tej płyty, przeszywa słuchacza inie daje o sobie zapomnieć.
Lamb przeszedł do historii w roku 2006. Wcześniej wydał jeszcze zbiór swoich największych przebojów, na krążku „Best Kept Secrets: The Best of Lamb 1996-2004”, remiksy swoich kompozycji–„What is that sound”, a także sygnowali swoi mianem osiemnastą cześć kompilacji z serii „Back to mine”. Zawiera ona utwory wyselekcjonowane przez duet, a jej pełna nazwa brzmi ”Back To Mine– Lamb – The Voodoo Collection”. Ciągle czekamy na wydanie DVDz rejestracją ich koncertu w Amsterdamie w 2004 roku. Premiera tego wydawnictwa zaplanowana była na rok 2005, lecz do dzisiejszego dnia nie ujrzała światła dziennego.
Porozstaniu, zarówno Lou jak i Andy zajęli się projektami solowymi. Rhodes wydała do tej pory dwa albumy, Barlow natomiast m.in. pracuje wraz z Oddurem Runassonem nad projektem zwanym Hoof (do dziś dnia jednak współpraca ta nie zaowocowała żadnym studyjnym albumem).
Magia Lamb powstała poprzez nietuzinkowe połączenie finezyjnego,delikatnego wokalu z dosadnymi, miejscami ostrymi dźwiękami. Kto by pomyślał, że liryzm i gładkość tak doskonale zgrają się z triphopowym tempem. Gatunkowo Lamb trudno jednoznacznie przyporządkować.Nie o to jednak chodzi. Chodzi o to, by w muzyce odnaleźć pierwiastek zmieniający rzeczywistość. Nie każdy artysta potrafigo wygenerować. Wydaje się, że Lamb też nie byli mistrzami w tego typu rozgrywkach. Możemy tak powiedzieć wtedy i tylko wtedy, jeśli geniusz tej kapeli będziemy mierzyć pozycjami zajmowanymi na listach przebojów. I będziemy się mocno trzymać tego,iż wielka popularność zdobyli w Europie zaledwie w Portugalii na Wyspach Brytyjskich.
Nie należy mierzyć jednak doskonałości poklaskiem mas. Twórczość Lamb przeznaczona jest dla wysublimowanego i wrażliwego odbiorcy. Amasy mają to do siebie, ze lubią być obłe i bezkształtne. W tym wszystkim jednak czai się zabawny figiel. Lamb znany jest szerokiej publiczności, nie z nazwy, nie z tytułu piosenek. Jednak poprzez fakt, iż jego utwory znalazły się w takich produkcjach jak „Sixfeet under”, „CSI:Las Vegas” czy „Moulin Rouge”. Zapadły w głowę, poruszyły zmysły....czasem totalnego lambowego ignoranta.
A skojarzenia?? Nie pozostaje nic innego, jak skonstatować– CSI Kryminalne Zagadki Las Vegas to porządny serial. Jak to się ma do rzeczywistości?? Ano jak stwierdzenie – jeśli jesteś fanem Massive Attack to zapewne lubisz Lamb. Prawdopodobne, aczkolwiek nieoczywiste.
piątek, 3 kwietnia 2009
środa, 12 grudnia 2007
Kokosy z kosza na śmieci
Być może moje podejście do sprawy charakteryzuje tylko rasowych wieśniaków i zaściankowców, ciężko stwierdzić. Bez większego zastanowienia natomiast można orzec, iż kolokwialny "syf, kiła i mogiła" nigdy nie były trendy i nigdy nie były w cenie. A teraz są. I moje veto w tej kwestii niektórzy mogą podciągnąć pod wynaturzone wiochmeństwo.
Ale do rzeczy. Od jakiegoś czasu można dzięki uprzejmości telewizji TVN śledzić dwa programy pseudo-rozrywkowe -"Perfekcyjna pani domu" oraz "Wielkie porządki". Czyli tyrady pedantów na śmierdzących bałaganiarzy.
Produkcje te, wbrew pozorom,obnażają jedną z niewielu intymnych sfer, które pozostały zwykłemu człowiekowi. Ukazują mieszkania (a raczej to co kiedyś pretendowało do tego miana) wyselekcjonowanych bałaganiarzy. Piszę o domu/mieszkaniu jako o sferze intymnej, darując sobie już epitety typu - sacrum. W brew temu jakie może sie to wydać pretensjonalne dom to ostoja, o którą każdy zabiega i do której każdy chce wracać. Każdy, choćby podświadomie, dąży do stworzenia sobie oazo-eremu dla potrzeb własnych.Jakiś czas temu zaczęto wchodzić do mieszkań gwiazd show biznesu z kamerami, po to aby zarejestrowany materiał pokazywać szaraczkom i uświadamiać im jakby wyglądałaby ich przystań, gdyby nie wiedzieli co mają zrobić z pieniędzmi. Można i owszem spotkać takie programy w wersji "light" czyli takie, które nie paraliżują oglądającego liczbą posągów ociekających złotem i nie nasuwają stwierdzeń - on to pewnie po salonie jeździ na rowerze, no bo inaczej po co mu takie przestrzenie??Bez względu na to jednak czy oglądamy chatę Michaela Jacksona czy też Zygmunta Chajzera, jedno nie podlega dyskusji - ich domki są jakie?? CZYSTE.
Producenci wyszli chyba jednak z założenia,że naoglądaliśmy się już sterylności, więc należy potraktować nas paralizatorem syfu. Co prawda nie po to, żeby nas nakłonić do permanentnego bałaganiarstwa, ale po to aby przyciągnąć nas przed odbiorniki. No i gdzieś między wierszami przekazać zgrany slogan o szczęśliwym życiu w czystości.
Pierwsze skrzypce w programach grają, oczywiście stereotypowo, kobiety. Przykładne panie domu,złośliwym kojarzące się z klotami. Tak sterylne, że czasem ma się wrażenie, że pasjami moczą się w wybielaczu. To one dyktują kanony dobrego smaku, to one uczą jak zamiatać i segregować bieliznę. To one są dyktatorkami i wyroczniami w tych programach. To bez nich taka produkcja nie miałaby racji bytu. Bez nich i bez bałaganu oczywiście.
Właśnie, przejdźmy do nieszczęsnego bałaganu. Choć wydaje mi się, iż nie on jest tutaj problematyczny. Nie on, ale ich autorzy.
W programach tego rodzaju, nieład podniesiony zostaje do rangi potwornego problemu. Bo jest potworem. To co można zobaczyć za pośrednictwem szklanego ekranu, przyprawia o spazm niedowiarstwa. To karnawał pleśni,bachanalia robactwa, zaproszenie na rodzinne grzybobranie, co kto woli.Wydaje się, że nikt przy zdrowych zmysłach nie może żyć w takim środowisku. A tu proszę, da się. Chyba, że założymy, iż jest to medialny kit. Wtedy próżne me wynurzenia. Ja naiwnie wierzę, iż choć w pewnym procencie umyka to fikcji.
Scenariusz programu chyba łatwo przewidzieć - ktoś kaleczy otaczającą go przestrzeń, zjawiają się super-bohaterki, mówią - aj fuj Ty śmieciowy bandyto!!. Błądziłeś,teraz Ci pomożemy. Pokazują jak ma sprzątać, jak pod stertą brudu odnaleźć zapomniane rewiry. Pomagają oczywiście przy tym. Potem jest pięknie i czysto. Sprawa załatwiona.
Produkcja ta ma charakter medialnego sakramentu pokuty. Najpierw delikwent grzeszy ile dusza zapragnie (otacza się ogryzkami, zapuszcza toaletę), potem następuje moment refleksji i swoisty rachunek sumienia - o rany co ja zrobiłem,warto byłoby się poprawić. Żal za grzechy - o jakże mi wstyd, że tak postępowałem już nigdy więcej, pomóżcie mi się podnieść z tego śmierdzącego upadku. Obiecuję się poprawić. Wielkie sprzątanie to katharsis. No i jeszcze nie mniej istotne zadośćuczynienie - już się poprawię. Proszę, przyjedzcie za jakiś czas, zobaczycie, że jestem innym człowiekiem.
Brzmi to dosyć wymownie. Nie jest jednak tak, że programy tego rodzaju, są "be" i tak naprawdę nie niosą ze sobą żadnego pozytywnego przesłania. Producenci bowiem zadbali o to, aby widz, mógł się dowiedzieć, iż mieszkanie w swoim własnym smrodku,któremu czasem zaczynają rosnąć nóżki, nie jest bez znaczenia dla zdrowia. Dlatego wymieniane są z imienia i nazwiska wirusy, bakterie i drobnoustroje, które możemy dokarmiać swoim burdelikiem na kółkach.Pokazują one także ludziom bez wyobraźni, w jaki sposób mogą sobie uwić własne gniazdko, żeby żyło sie im lepiej i wygodniej. Szlachetne, niech skorzysta kto chce. Mnie natomiast chodzi o co innego. Chodzi o bezwstydne odkrycie bałaganu, który do tej pory był powodem to powszechnego wstydu. Przecież nikt nie zaprosi gości, gdy w domu panuje nieład. Nastąpiło jednak odwrócenie estetycznych wartości. Ależ proszę,zapraszam, proszę tylko uważać na piątym stopniu, ponieważ znajdują się nań zwłoki naszego pupila, który odszedł od nas zeszłej jesieni.Rozumie Pani, tak ciężko się rozstać...
Doskonale zdaję sobie sprawę, że przesadzam, cóż z tego?? Lepiej przesadzić aniżeli nie dołożyć do wynurzeń odpowiedniego ładunku emocjonalnego.
Okazuje się, że stwierdzenie - jaki pan taki kram, już nie jest aktualne. Bo żaden człowiek nie może być królem takiego pobojowiska, jakie prezentuje program. Wszystko jest na sprzedaż. Nie tylko goły tyłek w realty show. I na osobistym bałaganie można zbić kokosy. Medialne kokosy. Ja jednak jako wiejski zaściankowiec, i jakby nie było,bałaganiarz, mówię "nie" takim praktykom. Zapadłabym sie pod ziemię,gdyby mój nieład był globalnie dostępny. A z ręką na sercu muszę przyznać, że do telewizyjnych "miszczów" jeszcze wiele mi brakuje.
Ale do rzeczy. Od jakiegoś czasu można dzięki uprzejmości telewizji TVN śledzić dwa programy pseudo-rozrywkowe -"Perfekcyjna pani domu" oraz "Wielkie porządki". Czyli tyrady pedantów na śmierdzących bałaganiarzy.
Produkcje te, wbrew pozorom,obnażają jedną z niewielu intymnych sfer, które pozostały zwykłemu człowiekowi. Ukazują mieszkania (a raczej to co kiedyś pretendowało do tego miana) wyselekcjonowanych bałaganiarzy. Piszę o domu/mieszkaniu jako o sferze intymnej, darując sobie już epitety typu - sacrum. W brew temu jakie może sie to wydać pretensjonalne dom to ostoja, o którą każdy zabiega i do której każdy chce wracać. Każdy, choćby podświadomie, dąży do stworzenia sobie oazo-eremu dla potrzeb własnych.Jakiś czas temu zaczęto wchodzić do mieszkań gwiazd show biznesu z kamerami, po to aby zarejestrowany materiał pokazywać szaraczkom i uświadamiać im jakby wyglądałaby ich przystań, gdyby nie wiedzieli co mają zrobić z pieniędzmi. Można i owszem spotkać takie programy w wersji "light" czyli takie, które nie paraliżują oglądającego liczbą posągów ociekających złotem i nie nasuwają stwierdzeń - on to pewnie po salonie jeździ na rowerze, no bo inaczej po co mu takie przestrzenie??Bez względu na to jednak czy oglądamy chatę Michaela Jacksona czy też Zygmunta Chajzera, jedno nie podlega dyskusji - ich domki są jakie?? CZYSTE.
Producenci wyszli chyba jednak z założenia,że naoglądaliśmy się już sterylności, więc należy potraktować nas paralizatorem syfu. Co prawda nie po to, żeby nas nakłonić do permanentnego bałaganiarstwa, ale po to aby przyciągnąć nas przed odbiorniki. No i gdzieś między wierszami przekazać zgrany slogan o szczęśliwym życiu w czystości.
Pierwsze skrzypce w programach grają, oczywiście stereotypowo, kobiety. Przykładne panie domu,złośliwym kojarzące się z klotami. Tak sterylne, że czasem ma się wrażenie, że pasjami moczą się w wybielaczu. To one dyktują kanony dobrego smaku, to one uczą jak zamiatać i segregować bieliznę. To one są dyktatorkami i wyroczniami w tych programach. To bez nich taka produkcja nie miałaby racji bytu. Bez nich i bez bałaganu oczywiście.
Właśnie, przejdźmy do nieszczęsnego bałaganu. Choć wydaje mi się, iż nie on jest tutaj problematyczny. Nie on, ale ich autorzy.
W programach tego rodzaju, nieład podniesiony zostaje do rangi potwornego problemu. Bo jest potworem. To co można zobaczyć za pośrednictwem szklanego ekranu, przyprawia o spazm niedowiarstwa. To karnawał pleśni,bachanalia robactwa, zaproszenie na rodzinne grzybobranie, co kto woli.Wydaje się, że nikt przy zdrowych zmysłach nie może żyć w takim środowisku. A tu proszę, da się. Chyba, że założymy, iż jest to medialny kit. Wtedy próżne me wynurzenia. Ja naiwnie wierzę, iż choć w pewnym procencie umyka to fikcji.
Scenariusz programu chyba łatwo przewidzieć - ktoś kaleczy otaczającą go przestrzeń, zjawiają się super-bohaterki, mówią - aj fuj Ty śmieciowy bandyto!!. Błądziłeś,teraz Ci pomożemy. Pokazują jak ma sprzątać, jak pod stertą brudu odnaleźć zapomniane rewiry. Pomagają oczywiście przy tym. Potem jest pięknie i czysto. Sprawa załatwiona.
Produkcja ta ma charakter medialnego sakramentu pokuty. Najpierw delikwent grzeszy ile dusza zapragnie (otacza się ogryzkami, zapuszcza toaletę), potem następuje moment refleksji i swoisty rachunek sumienia - o rany co ja zrobiłem,warto byłoby się poprawić. Żal za grzechy - o jakże mi wstyd, że tak postępowałem już nigdy więcej, pomóżcie mi się podnieść z tego śmierdzącego upadku. Obiecuję się poprawić. Wielkie sprzątanie to katharsis. No i jeszcze nie mniej istotne zadośćuczynienie - już się poprawię. Proszę, przyjedzcie za jakiś czas, zobaczycie, że jestem innym człowiekiem.
Brzmi to dosyć wymownie. Nie jest jednak tak, że programy tego rodzaju, są "be" i tak naprawdę nie niosą ze sobą żadnego pozytywnego przesłania. Producenci bowiem zadbali o to, aby widz, mógł się dowiedzieć, iż mieszkanie w swoim własnym smrodku,któremu czasem zaczynają rosnąć nóżki, nie jest bez znaczenia dla zdrowia. Dlatego wymieniane są z imienia i nazwiska wirusy, bakterie i drobnoustroje, które możemy dokarmiać swoim burdelikiem na kółkach.Pokazują one także ludziom bez wyobraźni, w jaki sposób mogą sobie uwić własne gniazdko, żeby żyło sie im lepiej i wygodniej. Szlachetne, niech skorzysta kto chce. Mnie natomiast chodzi o co innego. Chodzi o bezwstydne odkrycie bałaganu, który do tej pory był powodem to powszechnego wstydu. Przecież nikt nie zaprosi gości, gdy w domu panuje nieład. Nastąpiło jednak odwrócenie estetycznych wartości. Ależ proszę,zapraszam, proszę tylko uważać na piątym stopniu, ponieważ znajdują się nań zwłoki naszego pupila, który odszedł od nas zeszłej jesieni.Rozumie Pani, tak ciężko się rozstać...
Doskonale zdaję sobie sprawę, że przesadzam, cóż z tego?? Lepiej przesadzić aniżeli nie dołożyć do wynurzeń odpowiedniego ładunku emocjonalnego.
Okazuje się, że stwierdzenie - jaki pan taki kram, już nie jest aktualne. Bo żaden człowiek nie może być królem takiego pobojowiska, jakie prezentuje program. Wszystko jest na sprzedaż. Nie tylko goły tyłek w realty show. I na osobistym bałaganie można zbić kokosy. Medialne kokosy. Ja jednak jako wiejski zaściankowiec, i jakby nie było,bałaganiarz, mówię "nie" takim praktykom. Zapadłabym sie pod ziemię,gdyby mój nieład był globalnie dostępny. A z ręką na sercu muszę przyznać, że do telewizyjnych "miszczów" jeszcze wiele mi brakuje.
wtorek, 27 listopada 2007
Bo początki lubią być trudne....
Bardzo często bywa tak, że aby powstało dzieło, konieczny jest pewien impuls, palec boży, zrządzenie losu, nazwijmy to jak chcemy. Od dawna nosiłam się z zamiarem założeniem bloga, sugerowała mi to także pewna Osoba, jednak brakowało tej iskry, która podpaliłaby dynamit. Dziś ta iskra została wykrzesana. Ale nie uprzedzając faktów, zacznijmy od formalności.
Pozwoliłam sobie na użycie sformułowania "dzieło" ponieważ postmodernizm ma szeroki przełyk, i łyknie wiele. Łącznie z tym blogiem. Więc nie ma się czym przejmować i "masować" ze sformułowaniami. Przyjmijmy więc, że będzie to dzieło.
Nazwa blogu - nie będę jej wyjaśniać, wyjdzie w praniu o co mi chodzi.
A co do impulsu, który zapoczątkował, miejmy nadzieję, lawinę...Otóż, nie wiem czy ktokolwiek zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji, ale...dziś miała miejsce emisja 3606 odcinka fantastycznego serialu "Moda na sukces". Niby nic takiego, niby codzienność, ale nie...Po raz pierwszy w dziejach tego tasiemca (być może się mylę, ponieważ nawet największy pomyleniec nie byłby w stanie przebrnąć przez całość przedsięwzięcia, ale dla mnie po raz pierwszy) zostały zachwiane żelazne zasady dobrego smaku i estetyki. To, że w tym serialu dzieją się rzeczy niestworzone i każdy spółkuje z każdym - to wie każdy, nawet ten kto nie ogląda. Dziś jednak córka jednej z głównych bohaterek, Brook, na wieść o tym, że jej matka jest w ciąży z jej mężem (czyli swoim zięciem)....zwymiotowała do kosza na śmieci. Pomyślałam, że cudownie będzie, gdy w ten szczególny dzień rozpocznę pisanie tego bloga. Zwymiotowanie bowiem w tym serialu to złamanie wszelakich wysmakowanych zasad i konwenansów. W produkcji, w której tak mocno uprawiany jest kult piękna,takie rzeczy zdarzają się "po coś". To dzisiejsze zajście dedykowane było mnie. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.
Pozwoliłam sobie na użycie sformułowania "dzieło" ponieważ postmodernizm ma szeroki przełyk, i łyknie wiele. Łącznie z tym blogiem. Więc nie ma się czym przejmować i "masować" ze sformułowaniami. Przyjmijmy więc, że będzie to dzieło.
Nazwa blogu - nie będę jej wyjaśniać, wyjdzie w praniu o co mi chodzi.
A co do impulsu, który zapoczątkował, miejmy nadzieję, lawinę...Otóż, nie wiem czy ktokolwiek zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji, ale...dziś miała miejsce emisja 3606 odcinka fantastycznego serialu "Moda na sukces". Niby nic takiego, niby codzienność, ale nie...Po raz pierwszy w dziejach tego tasiemca (być może się mylę, ponieważ nawet największy pomyleniec nie byłby w stanie przebrnąć przez całość przedsięwzięcia, ale dla mnie po raz pierwszy) zostały zachwiane żelazne zasady dobrego smaku i estetyki. To, że w tym serialu dzieją się rzeczy niestworzone i każdy spółkuje z każdym - to wie każdy, nawet ten kto nie ogląda. Dziś jednak córka jednej z głównych bohaterek, Brook, na wieść o tym, że jej matka jest w ciąży z jej mężem (czyli swoim zięciem)....zwymiotowała do kosza na śmieci. Pomyślałam, że cudownie będzie, gdy w ten szczególny dzień rozpocznę pisanie tego bloga. Zwymiotowanie bowiem w tym serialu to złamanie wszelakich wysmakowanych zasad i konwenansów. W produkcji, w której tak mocno uprawiany jest kult piękna,takie rzeczy zdarzają się "po coś". To dzisiejsze zajście dedykowane było mnie. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
