wtorek, 27 listopada 2007

Bo początki lubią być trudne....

Bardzo często bywa tak, że aby powstało dzieło, konieczny jest pewien impuls, palec boży, zrządzenie losu, nazwijmy to jak chcemy. Od dawna nosiłam się z zamiarem założeniem bloga, sugerowała mi to także pewna Osoba, jednak brakowało tej iskry, która podpaliłaby dynamit. Dziś ta iskra została wykrzesana. Ale nie uprzedzając faktów, zacznijmy od formalności.

Pozwoliłam sobie na użycie sformułowania "dzieło" ponieważ postmodernizm ma szeroki przełyk, i łyknie wiele. Łącznie z tym blogiem. Więc nie ma się czym przejmować i "masować" ze sformułowaniami. Przyjmijmy więc, że będzie to dzieło.

Nazwa blogu - nie będę jej wyjaśniać, wyjdzie w praniu o co mi chodzi.

A co do impulsu, który zapoczątkował, miejmy nadzieję, lawinę...Otóż, nie wiem czy ktokolwiek zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji, ale...dziś miała miejsce emisja 3606 odcinka fantastycznego serialu "Moda na sukces". Niby nic takiego, niby codzienność, ale nie...Po raz pierwszy w dziejach tego tasiemca (być może się mylę, ponieważ nawet największy pomyleniec nie byłby w stanie przebrnąć przez całość przedsięwzięcia, ale dla mnie po raz pierwszy) zostały zachwiane żelazne zasady dobrego smaku i estetyki. To, że w tym serialu dzieją się rzeczy niestworzone i każdy spółkuje z każdym - to wie każdy, nawet ten kto nie ogląda. Dziś jednak córka jednej z głównych bohaterek, Brook, na wieść o tym, że jej matka jest w ciąży z jej mężem (czyli swoim zięciem)....zwymiotowała do kosza na śmieci. Pomyślałam, że cudownie będzie, gdy w ten szczególny dzień rozpocznę pisanie tego bloga. Zwymiotowanie bowiem w tym serialu to złamanie wszelakich wysmakowanych zasad i konwenansów. W produkcji, w której tak mocno uprawiany jest kult piękna,takie rzeczy zdarzają się "po coś". To dzisiejsze zajście dedykowane było mnie. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

Brak komentarzy: