piątek, 3 kwietnia 2009

Owca podszyta ambientem

Nie samą kulturą masową żyje człowiek. A może właśnie samą, ponieważ pod ten niezwykle elastyczny twór można wszystko podciągnąć?? Czy muzyka zasila szeregi wspomnianej kultury?? Zapewne tak. Nawet twórczość tak nietuzinkowego zespołu jakim był Lamb. Kiedyś napisałam artykuł podsumowujący dokonania duetu. Niestety nie ujrzał on światła dziennego. Uznałam, ze blog to dobre miejsce do zaistnienie tego tekstu. A więc włala:
Człowiek znajduje radość w operowaniu skrótami myślowymi oraz różnego rodzaju skojarzeniami. Ułatwia mu to bowiem w dużym stopniu egzystencje. Jeśli czytujesz beletrystykę, zapewne lubisz G.G. Marqueza, jeśli jesteś amatorem piwa, zdecydowanie zagryzasz doń słone orzeszki....Jeśli pozytywnie oddziałuje na Ciebie twórczość Massive Attack, Portishead to pewnie zaliczasz się do grona fanów Lamb. Pewnie, lecz nie na pewno. To przecież nie reguła.
Próżno szukać na polskich, jak i na zagranicznych stronach internetowych wyczerpujących i obszernych informacji na temat kapeli. Tak więc nie dowiemy się, czy członkowie projektu na śniadanie jadają płatki na mleku, czy też są fanami jajecznicy na bekonie. Może toi szkoda, może nie, zależy co kto lubi. Oficjalna witryna grupy działa w sobie tylko zrozumiały sposób, więc opierając się na tym, co udało się wyszperać stąd i stamtąd należy stwierdzić:
Lamb to kapela z Manchesteru, prezentująca, jak to się zwykło określać,kawał dobrego trip hopu z elementami dnb. Tworzy ją nietuzinkowy duet – producent Andy Barlow oraz obdarzona wysublimowanym wokalem Lou Rhodes. Decyzja o powołaniu do życia „zwierzaka” zapadła wroku 1994, w tym samym roku także, Lamb podpisał kontrakt z wytwórnią Mercury, która podporządkowana była wytwórni Fontana. Pierwszy album Owieczki wydany został jednak już sumptem Fontany. I tak we wrześniu 1996 roku na półki sklepowe trafił pierwszy album elektronicznego duetu. Ukazał się pod wiele mówiącym tytułem „Lamb”. Po prostu „Lamb”.Produkcja ta stanowi kompilacje 10 utworów, każdy z nich okraszony jest finezyjnym głosem Lou, który, paradoksalnie,doskonale komponuje się z, miejscami lekko połamanymi, dźwiękami.Całość stanowi doskonałą jedność, emanującą oniryzmem,ukazuje lirykę w objęciach trip-hopu obsypanych niczym konfetti jazzem, dubem. To co może zainteresować polskiego słuchacza, to fakt, iż utwór numer 9 na płycie, noszący tytuł „Gorecki”jest inspirowany III Symfonią Henryka Góreckiego („Symfonia pieśni żałobnych” z 1976roku). Kompozycja ta, do dziś jest uważana za jedną z muzycznych wizytówek duetu.
„Fear of Fours” to drugi, opierając się na chronologii, album w dorobku grupy. Wydany w 1999 roku, na amerykańskiej liście Billboardu osiągnął 35 pozycję, do podobnych „rewirów”dotarł także w zestawieniu w UK (37). Mając w pamięci fakt,iż debiutancki „Lamb” osiągnął tylko 109 pozycje w Zjednoczonym Królestwie, wynik wydawał się satysfakcjonujący. Produkcja ta, przyniosła ze sobą kolejną dawkę solidnej, doskonale skomponowanej muzyki, skrojonej pod ucho nawet najbardziej wymagającego trip hopowca. Brak uchwytnych rewolucji w brzmieniu w żadnym wypadku nie dyskredytuje albumu. Nie stanowi on bowiem brutalnej kserokopii debiutanckiej produkcji – nie możemy więc mówić o jakimkolwiek syndromie Dolly;). Po raz kolejny,porusza anielski wokal Lou Rhodes oraz brzmienie zafundowane przez Barlowa. Ponoć po nagraniu tego krążka duet przechodził wewnętrzny kryzys, podniósł się jednak dosyć szybko i już w dwa lata po wydaniu „Fear for Fours” na półkach sklepowych rozgościła się produkcja „What Sound”.
„What Sound” wydało na świat „Gabriela”, niezwykłą kompozycję,która swoim brzmieniem niejako otula słuchacza mgiełką tajemniczej anielskości i stanowi obok „Goreckiego” jedną ze sztandarowych pereł zespołu. Produkcja ta nie jest jednak dziełem tylko owczego duetu. Czynnie współpracowali bowiem przy jej tworzeniu m.in tacy ludzie jak - Guy Sigsworth, który jest współproducentem płyty i może się poszczycić takimi sukcesami jak – współpraca z Bjork przy płycie „Homogenic”czy współtworzenie „What it feels like for a girl”; Will Malone – odpowiedzialny za smyczki w "Unfinished Sympathy"grupy Massive Attack. Napływ „świeżej krwi” da się widocznie uchwycić w brzmieniu albumu, aczkolwiek nie można mówić o jakimkolwiek zboczeniu z początkowo obranego kursu. To nadal Lamb.To ta sama zwierzyna, mająca ambient za skórą.
Mijają dwa lata. Lamb przypomina o sobie albumem „Between Darkess and Wonder”, przez wielu uznawanym, za najlepszy w dorobku duetu.Wprowadzenie „żywych” instrumentów, z którymi kapela występowała podczas występów „live” wpłynęło zdecydowanie na wyraz produkcji. Brzmienie wydaje się być bardziej naturalne, a cała oprawa muzyczna zdecydowanie prawdziwsza.Uproszczenie nieco struktury utworów, spowodowane wspomnianym wyżej zabiegiem, nie ma żadnego wpływu na spłycenie przekazu. Fantastyczny eklektyzm bijący od tej płyty, przeszywa słuchacza inie daje o sobie zapomnieć.
Lamb przeszedł do historii w roku 2006. Wcześniej wydał jeszcze zbiór swoich największych przebojów, na krążku „Best Kept Secrets: The Best of Lamb 1996-2004”, remiksy swoich kompozycji–„What is that sound”, a także sygnowali swoi mianem osiemnastą cześć kompilacji z serii „Back to mine”. Zawiera ona utwory wyselekcjonowane przez duet, a jej pełna nazwa brzmi ”Back To Mine– Lamb – The Voodoo Collection”. Ciągle czekamy na wydanie DVDz rejestracją ich koncertu w Amsterdamie w 2004 roku. Premiera tego wydawnictwa zaplanowana była na rok 2005, lecz do dzisiejszego dnia nie ujrzała światła dziennego.
Porozstaniu, zarówno Lou jak i Andy zajęli się projektami solowymi. Rhodes wydała do tej pory dwa albumy, Barlow natomiast m.in. pracuje wraz z Oddurem Runassonem nad projektem zwanym Hoof (do dziś dnia jednak współpraca ta nie zaowocowała żadnym studyjnym albumem).
Magia Lamb powstała poprzez nietuzinkowe połączenie finezyjnego,delikatnego wokalu z dosadnymi, miejscami ostrymi dźwiękami. Kto by pomyślał, że liryzm i gładkość tak doskonale zgrają się z triphopowym tempem. Gatunkowo Lamb trudno jednoznacznie przyporządkować.Nie o to jednak chodzi. Chodzi o to, by w muzyce odnaleźć pierwiastek zmieniający rzeczywistość. Nie każdy artysta potrafigo wygenerować. Wydaje się, że Lamb też nie byli mistrzami w tego typu rozgrywkach. Możemy tak powiedzieć wtedy i tylko wtedy, jeśli geniusz tej kapeli będziemy mierzyć pozycjami zajmowanymi na listach przebojów. I będziemy się mocno trzymać tego,iż wielka popularność zdobyli w Europie zaledwie w Portugalii na Wyspach Brytyjskich.
Nie należy mierzyć jednak doskonałości poklaskiem mas. Twórczość Lamb przeznaczona jest dla wysublimowanego i wrażliwego odbiorcy. Amasy mają to do siebie, ze lubią być obłe i bezkształtne. W tym wszystkim jednak czai się zabawny figiel. Lamb znany jest szerokiej publiczności, nie z nazwy, nie z tytułu piosenek. Jednak poprzez fakt, iż jego utwory znalazły się w takich produkcjach jak „Sixfeet under”, „CSI:Las Vegas” czy „Moulin Rouge”. Zapadły w głowę, poruszyły zmysły....czasem totalnego lambowego ignoranta.
A skojarzenia?? Nie pozostaje nic innego, jak skonstatować– CSI Kryminalne Zagadki Las Vegas to porządny serial. Jak to się ma do rzeczywistości?? Ano jak stwierdzenie – jeśli jesteś fanem Massive Attack to zapewne lubisz Lamb. Prawdopodobne, aczkolwiek nieoczywiste.

Brak komentarzy: